Giro LIVE i Passo di Valcava w deszczu

with Brak komentarzy

Wypożyczyłam szosę w Lecco.

Lecco - miejscowość położona nad jeziorem Como. Nad samym jeziorem! Jezioro spokojne, a tuż obok wyrastają przeogromne góry. Ściany skaliste, które razem z wodą tworzą malowniczy widok, magiczne połączenie. I pomyśleć, że natura tworzy takie piękne miejsca. Przyjechałam do miasteczka w piątkowe popołudnie, po czym powędrowałam prosto do wypożyczalni roweru. Po co? No po rower!

Opłaty jakie trzeba ponieść przy transporcie własnego roweru są jeszcze nie do przełknięcia. Bilet do Bergamo w dwie strony za 250 zł, a transport roweru 750 zł? Nie dam rady. Jeszcze. 🙂 Będąc we Florencji zawiodłam się na jednej z wypożyczalni, dlatego podeszłam do tematu ciut zdystansowana. Włosi mają specyficzne, z mojego punktu widzenia, podejście do spraw. Czas płynie dla nich wolniej i nigdzie się nie śpieszą, a czasem... sklepu nie otwierają 🙂

Wypożyczalnia Rush Cycle, wszystko dopięte na ostatni guzik! “Ciao, Aga!” - przywitano mnie od progu. Sprzęt czekał, ustawiliśmy wszystko pode mnie, a bidon, dętka, łyżki, pompka CO2 w prezencie. Nic tylko ruszyć w teren. Chłopcy ze sklepu zdążyli zrobić research i powiedzieć mi, że jestem PRO kolarką! Zaprosili mnie na trening następneg dnia mówiąc, że będzie “Piano! Piano!”. Uznałam - Jasne! Piszę się na to! Ma być kozacka trasa, ma być kibicowanie na Giro. Super!

Primo Giorno - coffee ride po włosku!

Jak to jest, że wyszłam na trening o 9:15, wróciłam o 17:00, a w siodle byłam 3,5 h? To jest właśnie coffee ride po włosku! Zbiórka o 9:30. Witam się z około 10 osobami. O 10:00 ruszamy, jej! Ale dlaczego już stajemy? Kawa. Trzeba wypić un caffe zanim ruszymy. Zatem po 100 m zatrzymujemy się w kawiarni. Szef stawia wszystkim. Kawiarnia pełna, ze 40 osób w środku. Gwar, włoski gwar, wszyscy piją espresso. Zazwyczaj espresso piję na raz. W Polsce. Tutaj piję na sześć. Sześć razy zwilżam usta kawą. Uczę się. Uczę się, bo podoba mi się ten klimat. Czy gdzieś mi się śpieszy? Nie. Na każdym urlopie we Włoszech chłonę te ich zwyczaje, bo chcę tak po włosku. No dobrze, jedziemy!

Tempo bardzo mi odpowiada, każdy śmiało siedzi sobie na kole, jedziemy. Czasem ktoś mocniej zaciągnie. Nie znam jeszcze grupy, jadę z tyłu. I buzia mi się cieszy. Ale jak! Te widoki! Dla mnie to nowości. Ach! Mega. Po czasie tempo maleje, wszyscy się uspokajają. No tak. Informują, że zaraz będzie podjazd, trochę dłuższy, bo rozciąga się 13km. O! Nie mam takich na podwórku. Tym zdaniem większość uznała, że żadna ze mnie kolarka. Nie mam takich na podwórku, ale taki podjazd to musi być prawdziwa przyjemność! Idę w to. I co się okazuje, idzie mi to nad wyraz lekko. Włosi w szoku, a potem patrzą już z dumą i każdy chce pogadać. Super, polubiliśmy się. U góry, na Colmo di Sormano, przerwa. Na chwilę. Czyli na 1,5 godziny. Focaccia, prosciutto, sery, zimne piwo, cola. Bierzcie i jedzcie. Tutaj Giro ma przejeżdzać o 16:00, poźno, zatem po tej “krótkiej” przerwie jedziemy dalej. Na “Ghisallo”. Nic mi to nie mówi. A tam, na wzgórzu, Museo del Ciclismo - warto zobaczyć i zobaczyć na czym kiedyś wygrywano włoskie klasyki.

Peleton Giro na horyzoncie!

Po kolejnej 1h oczekiwania …. coś zaczyna się dziać! Helikopter był wyznacznikiem tego jak daleko kolarze byli od nas. Ludzi tłum. Dzieci, dorośli, seniorzy. Wszyscy z wypisanym podekscytowaniem na twarzy. Głośno, okrzyki, jadą! Peleton Giro na horyzoncie!  Wozy policyjne, fotografowie, wozy techniczne, i …. dwóch w pierwszej grupie! O mamo! Kibice szaleją. A za nimi, parę sekund później cały peleton. I tyle. Całe podekscytowanie mija w minutę! I to wszystko? Tak jest właśnie zobaczyć Giro, jak i każdy inny wyścig kolarski, na żywo. Wracamy. Kończę dzień mając 85 km na liczniku z 1730 m przewyższeń.

Secondo Giorno - Passo di Valcava w deszczu.

Na drugi dzień zaplanowałam sobie konkretną pętlę. Przyjechałam do Włoch, aby trochę tutaj pokręcić. Za 2 tygodnie czeka mnie 100 km maraton na południu Polski, więc to byłaby idealna rozgrzewka! Znalazłam trasę w sieci i tylko skonsultowałam ją na szybko z włoskimi przyjaciółmi. “Si! Si!”, powiedzieli, zapewniając mnie, że pobrany GPS to trasa na szosę. Po 5 km dojeżdzam do skraju lasu. Trasa na MTB. Stupido!

Wróciłam do hotelu, na szybko skleiłam nową, stricte asfaltową trasę i pojechałam. Kropiło. Lekka mżawka. Prognozowane ulewy na 50%. Hmmm. Jak złapie mnie w trakcie to tak nie odczuję przecież. Jadę. Po 10 km zaczynam wspinaczkę. Tym razem podjazd pod Passo di Valcava. Zaczyna padać. Jadę. Blat dawno zrzucony. Hm. Ciężko. Momentami przyjemne nachylenie, kręcę. Czuję jak temperatura powoli się obniża. Pojawia się chłodny wiatr. Mgła. Pada. Czuję jak woda przenikła już przez kurtkę i dobiera się do głębszych warstw. Ups.

Tego dnia chyba tylko ja jedna się tam wybrałam.

Nachylenie w drugiej połowie większę. Momentami odbijam się od jednego końca drogi do drugiego. Czuję wszędzie wodę. Chłód. Walczę. Walczę, nie zawrócę. Dumna jestem z tej wewnętrznej walki. Bo to właśnie jest próba. Trening. Nie odpuścić, nie poddać się przy pierwszym, drugim, mniej komfortowym bodźcu. Jechać. Passo di Valcava zdobyte!  Tego dnia chyba tylko ja jedna się tam wybrałam. Wyziębienie na górze pozmieniało mi plany. Dumę schowałam do kieszeni i po 23 km zawróciłam do hotelu. Miałam tylko wrócić.

Jednak dopiero wtedy zaczęła się walka, o której nie miałam pojęcia. Ciało na zjeździe zamarzło, nie mogłam jechać dużo szybciej niż jak podjeżdzałam. Dosłownie po paru minutach palce zastygły na klamkomanetkach. Wiatr mnie przenikał, zęby zgrzytały. Koncentracja spadała. Zjeżdżałam w dół nie zmieniając pozycji. Nogi dawno w gęsiej skórce. Rozsądek jeszcze gdzieś podpowiadał: kręć! Kręciłam nogami na zjeździe, z zaciśniętymi hamulcami, aby przyśpieszyć krążenie w nogach. Ciepiej. Tak sobie wmawiałam. Nie wiem jak, ale zjechałam na dół. Na dole w mieście już lało jak z cebra. Wróciłam do hotelu jak mokra kura. Pod prysznicem z wyziębienia przyszedł sen. Ciężko było wyjść spod strumienia ciepłej wody. Po kilka godzinach wróciłam do żywych. Mega doświadczenie, mega przeżycie.

Muszę tam wrócić. Jedziesz ze mną?

 

Leave a Reply