Wygrywam TREK Extreme MTB Challenge .

with 1 komentarz

Tego jeszcze nie było! Ultramaraton o długości 100km.

Ultramaraton o długości ponad 100km i przewyższeniach na 4 000m, czyli Trek Extreme MTB Challenge w naszych polskich Sudetach.

Challenge. Wyzwanie. Wyzwanie podejmuję, bo jestem głodna takiej walki. Walki ze słabościami i przekraczanie granic. Przed startem odczuwam całą paletę emocji. Jestem szalenie podekscytowana, a jednocześnie krok stawiam niepewnie, bo nie mam absolutnie pojęcia co to będzie. Wiem tylko, że jestem gotowa podjąć wyzwanie. Jeszcze rok temu nie byłoby mowy.

Odżywianie, nawadnianie i jazda z głową. Rozsądnie podchodzę do tematu. Uczę się na własnej skórze – to ta najcenniejsza lekcja. W miniony weekend jechałam 130 – kilometrowy wyścig szosowy. Pierwszy raz wyścig powyżej stówki. Do 80 km szło mi bajecznie. Energia, humor i motywacja. Aż tu nagle przyszła ściana. Tak niespodziewanie zaczęło mi odcinać prąd, mimo, iż nie czułam, że przyjdzie to tak szybko. Na metę wjechałam półprzytomna. Nie chcę, aby i tu mnie odcięło. Po zebraniu licznych opinii od trenerów i tych „doświadczonych” ruszam na trasę bogatsza o kilka porad. Teorię rozumiem. A jak to wygląda w praktyce? No to słuchaj!

„Kropla deszcze nie spadnie!”

„Panowie, będzie padać?” – pytam przy śniadaniu. „Kropla deszcze nie spadnie!”. Ok. Kurtka przeciwdeszczowa niepotrzebna skoro koledzy wiedzą. Ile żeli zmieszczę do kieszonek? Osiem. Bidony dwa, obowiązkowo. Pić będę dużo. Naboje, pompka co2, mini zestaw narzędzi w kieszeń, bo przez cały dzień jazdy może wydarzyć się wszystko. No dobrze, koszulka waży już z 3kg 🙂 Prezes będzie na 45km, aby dać mi nowe bidony. Super.

Linia startu. Jakaś dziewczyna mówi „Tylko nie szalej! Z głową”. Wie, że to mój pierwszy ultramaraton. Przyjmuję radę. Zaczynamy wyścig w pełnym słońcu. Jadę swoje, ale, że z pierwszego rzędu ruszyłam to jadę jako pierwsza dziewczyna. Na pierwszych kilometrach już przekozacki podjazd, pionowa ściana. Ja już tu czuję nogi, jadę od lewej do prawej, bo już nie ma czego zrzucić, a co będzie za siedem godzin? Padnę jak mucha! Decyzja, trzymam równe tętno przez cały wyścig, nie będę nigdzie szarpać, przejadę to równo. Tak przetrwam. Słońcem cieszymy się dosłownie chwilę. Zaczyna padać. Kropi zaledwie. Jak przyjemnie! Wolę to niż w upale. Jednak zaraz już leje. Trasa robi się o wiele trudniejsza. 35km na liczniku.

„Teraz dopiero zaczyna się wyścig”

Jadę w towarzystwie faceta, oboje przemoczeni do …. Zimno, pierwsze objawy zmęczenia. „Teraz dopiero zaczyna się wyścig” – powiedział. Teraz zaczniemy walczyć z tym błotem i deszczem. Przeklinam już chłopaków, ale w sumie za co? 🙂 Że deszcz leje? Zaczynam wmawiać sobie, że jest przyjemnie, ciepło i nie popsuje mi to wyścigu. Dodatkowo głowę nastrajam bojowymi i pozytywnymi komunikatami, w które sama mocno w głębi wierzę. Będę z siebie po dziś bardzo zadowolona, bo będę waleczna do samego końca. Czuję to w kościach. Uśmiecham się. No dobrze. 45km. Prezes. Wymieniam bidony i biorę jeszcze kilka żeli. Jadę dalej.

Z tego miejsca powiem, trasa bajeczna. Bajeczna jest wtedy gdy wymagająca. Kiedy są takie odcinkiem, które powodują dreszcz na ciele, a Ty wiesz, że to moment, w którym się sprawdzasz. Zjazdy oznaczone trupimi czaszkami. Pierwszy zjechałam.

Taki drugi to, schodziłam modląc się, aby nie ześlizgnąć się i nie zgubić roweru. Inny zjazd, w pełnym błocie, po którym zjeżdżałam, ale w pozycji jak żużlowiec na torze. Przednie koło frontalnie do kierunku jazdy, zaś to tylne obok i lecę bokiem. Płynę. Takie zjazdy, że palce wysiadają na klamce hamulca. A te single na trawersach? Kto tego na żywo nie widział to nie pojmie. Kiedy lecisz w poprzek zbocza góry, ścieżka na szerokość 30-40km, z wystającymi korzeniami, a po jednej stronie taka przepaść, że TOPR tylko wzywać jakby się koło uślizgnęło. To jest to co kocham. Tak.

„Banan, rodzynki, woda z solą”

70-ty kilometr. O mamo, ja muszę się zatrzymać. Kurczę, ale tak dobrze jedzie mi się jako pierwsza kobieta. To super uczucie, prowadzić. Muszę jednak. Zrzucam w głębokiej trawie fatałaszki i spełniam powinność tak codzienną i ludzką. To już na tyle duże zmęczenie, że patrzę na rower i wcale nie mam ochoty na niego wsiąść. Bo uda zaczynają piec, bo barki spiętę, a skurcze łapią mnie … w dłoniach!

Na kolejnych bufetach już robię kilkudziesięciosekundowe postoje. Banan, rodzynki, woda z solą. Prowadzę dalej. Mam świetnych dwóch kolegów, reprezentujemy podobny poziom, więc nawzajem sobie kibicujemy. Te kilometry nabijają się coraz wolniej. Dlaczego jeszcze żadna górska kolarka mnie nie dogoniła? O mamo, a jak żadna mnie nie dogoni? Niemożliwe. Obracam się co jakiś czas, np. kończąc dłuższy podjazd i upewniając się, że mam przewagę co najmniej na kilka minut.

„Jechałam popłakując z radości”

Skąd ja mam tyle sił? 6, 7 godziny jazdy. Ja tyle w siodle na rowerze górskim? To nowość dla mnie. I te dwie nogi nadal kręcą z takim entuzjazmem. Ebertowski powiedział, że mam dojechać do 90km, potem to już pójdzie z górki. I tak było. Jechałam popłakując z radości, że zamelduję się na mecie w czasie poniżej 8 godzin, w dodatku nadal nie widzę żadnej kolarki, która miałaby mi zabrać pozycję. Ostatnie kilometry jadę już jak po swoje. Meta 4 kilometry wcześniej niż zapowiedzieli. Nie dociera do mnie zwycięstwo. Padam pod autem i wyciągam colę. Wygrałam.

 

One Response

  1. K
    | Odpowiedz

    Wielkie wielkkie gratulacje! Przyjedza za rok tez !

Leave a Reply